Z kapitularza
2018.09.07 23:33

Mamy zatem założyć szkołę służby Pańskiej. Czytanie Reguły (dzień siódmy)

7 stycznia 8 maja 7 września

Mamy zatem założyć szkołę służby Pańskiej. Ufamy przy tym, że zakładając ją, nie ustanowimy nic surowego ani nazbyt trudnego. Jeśli jednak niekiedy dla naprawienia błędów i zachowania miłości, tam gdzie sprawiedliwość i rozsądek tego wymagają, okażemy się nieco bardziej surowi, nie uciekaj od razu, przejęty strachem, z drogi zbawienia, bo wejść na nią można tylko ciasną bramą. Gdy będziesz postępował naprzód w życiu wspólnym i w wierze, serce ci się rozszerzy i pobiegniesz drogą przykazań Bożych z niewysłowioną słodyczą miłości. Tak nie odstępując nigdy od nauki Pana, w Jego prawdzie wytrwajmy w klasztorze aż do śmierci, abyśmy przez cierpliwość stali się uczestnikami Męki Chrystusowej i zasłużyli na udział w Jego Królestwie. Amen.

Święty Benedykt pragnie założyć dominici schola servitii, szkołę służby Bożej. Dokładne znaczenie tego określenia od dawna intrygowało filologów zajmujących się piśmiennictwem monastycznym. Wydaje mi się, że słowo schola należy rozumieć przez pryzmat tego, co autor Reguły mówi na początku Prologu: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń [ku nim] ucho swego serca”. Człowiek wstępuje do klasztoru, by uczyć się służby Bożej w towarzystwie innych osób, które są jak synowie dla mistrza, a dla siebie jak bracia. W rozdziale 19 zatytułowanym „Jak należy śpiewać psalmy”, święty używa słowa servire w odniesieniu do modlitwy liturgicznej, a w szczególności do psalmów: Ideo semper memores simus quod ait propheta: Servite Domino in timore, et iterum: Psallite sapienter, „Dlatego też pamiętajmy zawsze, co mówi Prorok: Służcie Panu z bojaźnią (Ps 2,22), a również na innym miejscu: Śpiewajcie mądrze” (Ps 46,8 Wlg). Zaś w rozdziale 50 święty Benedykt określa liturgię godzin jako servitutis pensum, „obowiązki (...) służby”.

Chociaż nie sposób nie zauważyć różnych znaczeń słowa servitium, wewnętrzna logika Reguły świadczy o tym, że nawet tutaj, w Prologu, tam gdzie autor mówi o dominici schola servitii, szkole służby Bożej, ma na myśli szkołę modlitwy. Biorąc pod uwagę, że w rozdziale 43 święty Benedykt powie: „Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej”, jest wysoce prawdopodobne, że i w Prologu chciał powiedzieć coś na ten sam temat. Już w czasach świętego słowo servitium nabrało znaczenia uroczystej, publicznej modlitwy do Boga. Konteksty, w których święty Benedykt używa słowa servitium przywołują na myśl cały zestaw greckich i łacińskich wyrażeń: sacra synaxis - zgromadzenie liturgiczne; cultus Dei - cześć oddawana Bogu; oficium divinum - święte oficjum czy wreszcie opus Dei - dzieło Boga. To samo słowo, servitium, można powiązać z greckim λατρεία, oznaczającym wypełnianie służby wobec Boga, a także z λειτουργία, oznaczającym świętą (kapłańską) służbę Bogu. Szkoła służby Bożej świętego Benedykta to szkoła adoracji w duchu i w prawdzie.

Nadchodzi jednak godzina, a właściwie już jest, kiedy prawdziwi czciciele będą wielbili Ojca w Duchu i w prawdzie Zresztą takich czcicieli pragnie sam Ojciec (J 2,23).

Przypomina mi się w tym momencie wymowne zdanie z pieśni XX „Raju” Dantego, w której mówi on o mnichu jako o kimś, kto jest diposto a sola latria, całkowicie oddany jedynie czci. Wstępując do szkoły służby Bożej, człowiek porzuca wszelkie inne ambicje, cele czy dążenia. Przychodzi służyć jedynie Panu, disposto a sola latria. Dobrowolne wyrzeczenie się tego wszystkiego, co w oczach świata, a nawet w oczach niektórych duchownych, czyni życie wartościowym, może powodować dezorientację czy nawet oszołomienie. Dlaczego tu jestem? Co robię? Co mi da tyle godzin spędzonych na wielbieniu Boga? Świeca roztacza blask, znikając w ogniu. Kadzidło daje piękny zapach, spalając się na rozżarzonych węglach. Nie na darmo święty Jan Chrzciciel, przyjaciel Oblubieńca, jest uważany za wielki wzór dla mnichów. „I trzeba, aby On wzrastał, ja natomiast abym się umniejszał” (J 3,30). Mnich, tak jak święty Jan Chrzciciel, ma być zarówno ogniem, jak i światłem. Ille erat lucerna ardens et lucens, „Jan był jak płonąca i dająca światło lampa” (J 5,35). To właśnie ma być zadaniem mnicha: oddawać się wielbieniu i adorowaniu Boga, nie zważając na koszty i nie szukając ludzkiej satysfakcji, która pojawia się wtedy, gdy można ocenić wartość pracy wykonanej w szkole służby Bożej.

W Umbratilem, skierowanej do kartuzów konstytucji apostolskiej z 8 lipca 1924 roku, papież Pius XI podkreślił, jak ważni dla Kościoła są ci, którzy jak czytamy w dekrecie Soboru Watykańskiego II, „pełnią wśród murów klasztornych pokorną, a zarazem wzniosłą służbę wobec Majestatu Bożego” (Perfectae Caritatis, Art. 9). Papież Pius XI pisał:

Jeżeli bowiem kiedykolwiek istniało zapotrzebowanie na obecność tego typu anachoretów w Kościele Bożym, jest to szczególnie konieczne dziś, gdy dostrzegamy, że tak wielu chrześcijan żyje, nie poświęcając choćby jednej myśli rzeczom przyszłego świata, zupełnie niedbali o wieczne zbawienie, poddający się pod władzę żądz skierowanych ku mamonie, ku przyjemnościom ciała, przyjmujący najzupełniej sprzeczne z Ewangelią pogańskie obyczaje, czy to w życiu osobistym, czy obnosząc się z nimi publicznie.

Być może wciąż są tacy, który uznają, że cnoty, mylnie nazywane „pasywnymi”, od dawna już nie mają żadnej aktualności i że w miejsce starodawnej dyscypliny klasztorów powinno wprowadzić się szerszą i bardziej swobodną praktykę cnót aktywnych. Tę opinię Nasz Poprzednik, nieśmiertelnej pamięci Leon XIII, odrzucił, obalił i potępił w swym liście Testem benevolentiae z dnia 22 stycznia roku 1899. Nikt więc nie może przeoczyć tego, jak dalece godny potępienia jest to pogląd, tak jak obecnie naucza się go w Kościele i wprowadza w życie, i jak bardzo jest on szkodliwy dla dążeń do doskonałości chrześcijańskiej.

Nadto łatwo pojąć, że ci, którzy bez wytchnienia wypełniają obowiązek modlitwy i pokuty, dalece bardziej przyczyniają się do wzrostu Kościoła i duchowego zdrowia ludzkości niż ci, którzy uprawiają rolę Pańską. Podczas gdy ci pierwsi sprowadzają z niebios deszcz łask boskich, które roszą orane pola, pracownicy ewangelicznej winnicy uzyskują ze swej pracy skromniejszy plon.

W innej części tego samego listu papież Pius XI porównywał modlitwę i pokutę mnichów do wysiłku Aarona i Hura (Wj 17,9-13), którzy podtrzymywali uniesione ręce Mojżesza, podczas gdy Jozue toczył bitwę na położonej w dole równinie.

Święty Benedykt mówi, że w jego szkole służby Bożej nie będzie „nic surowego ani nazbyt trudnego” (nihil asperum, nihil grave). Pomimo to w naszym życiu benedyktyńskim jest obecny element pokutny: pewne obserwancje ustanowione propter emendationemvitiorum vel conservationem caritatis, „dla naprawienia błędów i zachowania miłości”, odwracają uwagę człowieka od niego samego, kierując ją ku Bogu, otwierają w nim to, co zamknęło się na łaskę, powstrzymują go od złych skłonności i czynią go coraz bardziej capax Dei, czyli gotowym na przyjmowanie Boga. Chociaż my, benedyktyni celowo unikamy bardziej ekstremalnych wyrzeczeń, krok po kroku, każdego dnia i o każdej godzinie, staramy się podążać wytyczoną drogą conversatio morum. Jej częścią są takie wyrzeczenia, których skuteczność i wartość w oczach Boga jest proporcjonalna do ich niepozorności i skrytości: hojnie okazywana uprzejmość, posłuszne podążanie na dźwięk dzwonu, milczenie, ścisłe trzymanie się liturgii godzin, radosny udział w drobnych pracach, dzięki którym życie wspólnoty staje się „dobre i miłe”.

Święty Benedykt wie dobrze, że na początku drogi monastycznej każdy mnich odczuwa czasem pokusę ucieczki. Wchodzi się tylko ciasną bramą; droga jest wąska i trudna. Nie da się uniknąć tego, „co jest ciężkie i trudne na drodze do Boga”. Nie ma chyba nowicjusza, który by nie czuł strachu, mając perspektywę, że resztę życia spędzi w tym samym miejscu, patrząc codziennie na ten sam horyzont, na te same twarze, wykonując te same czynności w taki sam sposób dzień po dniu. Pokusy przeciw stabilności pojawiają się w każdym wieku, ale wydaje mi się, że najczęściej dotykają tych, którzy rozpoczynają życie monastyczne, a także tych, którzy osiągają wiek średni. Święty Benedykt chce, by mnich posuwał się naprzód w wierze, ze wzrokiem utkwionym w twarzy Jezusa, niczym Piotr idący po falach wzburzonego jeziora. Ten, kto straci z oczu Jezusa, straci też siły i zacznie tonąć.

Tymczasem łódź oddaliła się już wiele stadiów od brzegu. Fale nią miotały, gdyż wiatr wiał z przeciwnej strony. O czwartej straży nocnej przyszedł więc do nich po jeziorze, a gdy uczniowie zobaczyli Go idącego po jeziorze, przestraszyli się i mówili: „To jakaś zjawa!” I ze strachu zaczęli krzyczeć. Wtedy Jezus natychmiast przemówił: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się!”. Piotr więc rzekł: „Panie! Jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do Ciebie po wodzie”. A On odpowiedział: „Chodź!”. Piotr wyszedł z łodzi i po jeziorze przyszedł do Jezusa. Gdy zauważył, że wieje silny wiatr, przeraził się i zaczął tonąć. Wtedy krzyknął: „Panie! Ratuj mnie!”. Jezus zaraz wyciągnął rękę i chwycił go. Powiedział mu: „Człowieku małej wiary! Dlaczego zwątpiłeś? (Mt 14,24-31).

Nie trzeba iść szybko niczym sportowiec. Wystarczy posuwać się naprzód powoli, ale wytrwale, modląc się przy każdym kroku. Z czasem dostrzeżemy, że Pan niemal niezauważenie rozszerzył nam serca, dając większą zdolność do życia wiarą, nadzieją i miłością. Gdy rośnie serce, pojawia się nieopisana słodycz dojrzałej miłości, która wyszła zwycięsko z prób. Takiej miłości, o której pisał święty Paweł:

Kto nas oddzieli od miłości Chrystusa? Nieszczęście, czy ucisk, prześladowanie czy głód, nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. A w tym wszystkim odnosimy wielkie zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Jestem pewny, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani władze, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani wysokości, ani głębie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas oddzielić od miłości Boga, objawionej w Chrystusie Jezusie, naszym Panu (Rz 8, 35-39).

W życiu wiernego mnicha przychodzi taki czas, gdy po latach walk i powtarzających się porażek, zaczyna on biec drogą Bożych przykazań, nie słabnąc, nie trudząc się, nie ulegając znużeniu , ale z charakterystyczną benedyktyńską alacritas, zapałem i radością, które pochodzą nie ze zdolności człowieka, ale z łaski.

Dlaczego mówisz, Jakubie, i twierdzisz, Izraelu: „Zakryta jest moja droga przed Panem, moja skarga nie dociera do mojego Boga”. Czy nie wiesz i nie słyszałeś? Pan jest Bogiem Wiecznym, Stwórcą całego świata. Nie męczy się i nie nuży, niezgłębiona jest Jego mądrość On daje moc strudzonemu i przymnaża sił bezsilnemu. Młodzieńcy męczą się i ustają, młodzi słaniają się i upadają, lecz ci, którzy ufają Panu, odzyskają siłę, tak jak orłom odrastają utracone pióra. Biegną, lecz się nie męczą, idą, ale nie słabną (Iz 40, 27-31).

Na pewnym etapie monastycznej wędrówki, rzeczy, które niegdyś były trudne i niemal niewykonalne, stają się czymś normalnym i miłym. Święty Benedykt poświęci temu fragment rozdziału 7, omawiając dwunasty poziom pokory:

Przeszedłszy wszystkie owe stopnie pokory, mnich dojdzie wkrótce do tej miłości Boga, która, jako doskonała, usuwa precz lęk (1 J 4,18). I co poprzednio tylko z obawy wypełniał, tego wszystkiego będzie teraz przestrzegał bez żadnego trudu, z przyzwyczajenia, niejako w sposób naturalny, już nie ze strachu przed piekłem, lecz z miłości do Chrystusa, bo nawykł już do dobrego i znajduje radość w cnocie. Oto, co przez Ducha Świętego zechce Pan objawić łaskawie w słudze swoim oczyszczonym z błędów i grzechów.

Nawet w ostatnim zdaniu Prologu święty Benedykt przestrzega nas, byśmy strzegli się pokusy niestałości, pokusy, by zdjąć z barków słodkie jarzmo Chrystusa. Zachęca każdego, by do śmierci wytrwał w klasztorze, zanurzony w nauki Chrystusa. Mnich, który to zrobi, przez swoją cierpliwość będzie miał udział w cierpieniach Pana, zaś w końcu będzie miał też udział w Jego Królestwie. Święty Benedykt kończy Prolog liturgicznym Amen. Tak jakby chciał nawiązać do ostatnich słów Pisma Świętego:

To mówi świadek: „Tak. Wkrótce przyjdę”. Amen. Przyjdź, Panie Jezu! Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi. Amen (Ap 22,20-21).

Mark Kirby OSB

tłum. Natalia Łajszczak


Dom Mark Daniel Kirby

(1952), przeor klasztoru Silverstream w hrabstwie Meath w Irlandii.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij