30 lat Kościoła
2020.04.15 22:15

Łukasz Kożuchowski - 30 lat Kościoła w nowej Polsce

Pobierz pdf

Na łamach "Christianitas" 75-76/2019 opublikowaliśmy ankietę "Trzydzieści lat Kościoła w nowej Polsce", przyszedł moment by udostępnić ją w internecie. Lektura w sam raz na refleksyjny czas zarazy.

1. Czy Kościół czeka opóźniona rewolucja, która na Zachodzie miała miejsce w latach 60. i 70., czy początek ery stabilności w zmienionych warunkach?

2. Czy trzydzieści lat wolnej Polski to była walka o byt Kościoła, czy stan cieplarnianego bezpieczeństwa?

3. Czy Kościół hierarchiczny będzie potrafił zareagować na kryzys, czy czeka nas bolesna i długotrwała „wymiana elit” oraz kurczenie się i wymieranie Kościoła?

 

 

1.

„Czy Kościół czeka opóźniona rewolucja?” W mojej opinii „czy?” jest niewłaściwym pytaniem. Właściwym pytaniem jest „kiedy?”. A odpowiedzią na nie jest: „już”.

Obecnie jesteśmy w fazie przejściowej. Wiele z zewnętrznych oznak niegdysiejszego znaczenia katolicyzmu w społeczeństwie jeszcze trwa. Jest to jednak trwanie coraz bardziej (a może od dawna już tak było?) kurtuazyjne i pozbawione treści, trwanie z rozpędu. Kościół instytucjonalny stanowił silny autorytet moralny dla wielu obywateli w czasach PRL i wcześniejszych. Teraz upada, by przez swoje ułomności stać się słabą, nieznaczącą mniejszością. Przejście z dzisiejszych realiów do społeczeństwa zlaicyzowanego nie jest więc kwestią jakichś sporów czy kampanii pomiędzy wiarą a niewiarą. To sprawa nieubłaganego upływu czasu. Od przytłaczająco większościowej apostazji oddziela nas już nie jakaś kwestia czy idea, a zwykła przemiana pokoleniowa.

Powyższy dramatyczny opis może wydawać się być przesadzony. Przecież wciąż kościoły są pełne w niedziele, tarcia na linii Kościół–państwo są nieduże, a w sferze publicznej nie doświadczamy zmasowanych ataków na wiarę. Owszem, ale to już ostatnie godziny takiego stanu rzeczy. Polska z żelazną konsekwencją kroczy ścieżką wyznaczoną przez Irlandię: gwałtownego upadku do poziomu prymusa laickości.

Spójrzmy w statystyki: wedle zeszłorocznych badań renomowanego amerykańskiego ośrodka Pew Research Center, które dotyczyły pozycji religii w globalnym społeczeństwie, 30 proc. Polaków można uznać za przywiązanych do wiary. Nie jest to zły wynik, choć on sam już wyraźnie pokazuje, że katolicy tak naprawdę stanowią w Polsce mniejszość. Gorzej robi się jednak, gdy przyjrzymy się strukturze wiekowej tych 30 proc. O ile wśród osób powyżej czterdziestego roku życia 40 proc. uznaje istotność wiary, to wśród grupy wiekowej poniżej czterdziestu lat jest to już tylko 16 proc. Brutalnie mówiąc – polski katolicyzm wymiera. Jeśli chodzi o tempo laicyzacji, Polska jest nie europejskim, a światowym liderem!

Nie ma się wobec tego co łudzić, że Polska pójdzie inną drogą niż zlaicyzowane kraje Zachodu. Ze zdumiewającą precyzją powtarzamy scenariusze innych krajów europejskich. Wiele przykładów już ukazało, jak banalnie prosty jest taki upadek. Wkrótce radykalnie zlaicyzowane społeczeństwo konsekwentnie wymiecie polski Kościół z przestrzeni publicznej, tak jak to miało miejsce i w innych miejscach.

Okres wolności Kościół przespał. Przespał, choć czekały na niego liczne odpowiedzialne prace. Komunizm był dla Kościoła pożytecznym wrogiem – dzięki niemu wokół katolicyzmu jednoczyły się szerokie środowiska oporu wobec władzy. Jednak gdy pokonano wroga, zniknęła i podstawa konsolidacji. W ponowoczesnym społeczeństwie III RP pojawiło się zaś wiele innych kwestii, które niegdysiejszą jedność zaczęły poważnie rozbijać. Kościół zaś nie reagował na nie adekwatnie, a przyjmował raczej postawę osiadania na laurach. W początkach istnienia III RP Kościół nie był jeszcze poważnie atakowany. Sam jednak zaczął sprawnie produkować realne powody, by ataki rozpoczęto.

Przykłady takich powodów można mnożyć. Jest wśród nich toksyczna relacja między władzą państwową a hierarchami kościelnymi. Dojrzeć można zarówno kokietowanie obecnego rządu (np. wspólne obchody urodzin Radia Maryja z udziałem hierarchów Kościoła i polityków), ale i działania zwrócone w zupełnie inną stronę (chociażby absurdalne peany na cześć ustępującej z urzędu w fatalnym stylu Hanny Gronkiewicz-Waltz, które można było usłyszeć z ambony kościoła ss. Wizytek w Warszawiepodczas Mszy na zakończenie jej kadencji). Hierarchowie, zamiast stać ponad podziałami, wybierają degradację do poziomu nieporadnych akolitów świata polityki. Obecny rząd często zaś tak szafuje hasłami religijnymi, że w umysłach wielu niemal zespaja się z Kościołem. Przez to w umysłach wielu osób błędy Prawa i Sprawiedliwości obciążają i katolicyzm.

Nietrudno doszukać się również pławienia się w luksusach, takich jak pompatyczna biskupia willa we wsi Bobrówka, którą wystawił sobie ordynariusz Gdańska.Wzbudza to słuszne pytania o realizację ewangelicznego ubóstwa. Rzadko można usłyszeć głos hierarchów w sprawach związanych z Katolicką Nauką Społeczną. Kościół mógłby chociażby wiele zyskać, propagując encyklikę Laudato Si’. Kwestia przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu mogłaby stanowić płaszczyznę częściowego porozumienia ze środowiskami lewicowymi, którym często do katolicyzmu daleko. W kwestii nieubłaganie nadchodzącej katastrofy klimatycznej polski Kościół wykazuje jednak niemal pełną ignorancję (choć są chlubne wyjątki, jak np. abp Wiktor Skworc). Głos podnoszony jest tu zbyt rzadko i w niedostatecznie stanowczy sposób.

Przerażająco nieudolnie instytucjonalny Kościół podejmuje też kwestię pedofilii wśród kleru. Niekiedy hierarchowie migają się od odpowiedzialności. Skandaliczne wypowiedzi, świadczące o zupełnym nierozumieniu powagi sprawy i nastrojów społecznych, można było usłyszeć z ust abp. Głódzia czy też abp. Jędraszewskiego po opublikowaniu filmu Tylko nie mów nikomu. W innych wypadkach biskupi i księża (poza chwalebnymi wyjątkami, jak np. o. Adam Żak SI), nieustannie raczą nas jałową i bałamutną nowomową o „wysłuchaniu ofiar” czy „walce z klerykalizmem”. Opinia publiczna słusznie żąda jednak stanowczych czynów, i to bardzo stanowczych.

Wspomnianą zaś już laicyzującą się młodzież Kościół wypycha, oferując często żenujący poziom katechezy oraz dysfunkcyjne duszpasterstwa młodzieży. Troskę duchową o nowe pokolenia degraduje się zazwyczaj do organizowania hermetycznych kółek towarzyskich czy wydarzeń w istocie rozrywkowych. Zamiast szczerze dociekać realnych potrzeb i gustów młodzieży, przedstawia się rzeczy banalne i nieraz odstręczające estetyką. Przyciągają one niewielu. Nie zauważa się, że w sferze duchowości ludzie nie potrzebują papki podobnej do serwowanej im na co dzień (na gruncie religijnym będzie to np. prosperity gospel), a raczej pociągającego szoku kulturowego prawdziwej głębi i niecodziennego piękna. Oferta duszpasterska jest też zadziwiająco niezróżnicowana. Właściwie jedyne, co się proponuje, to bardzo emocjonalna i specyficzna „pobożność charyzmatyczna” w różnych odcieniach. Odnajduje się w niej mniejszość. Oczywiście gusta są różne i sam Kościół dopuszcza też różnorodność form kultu. Niedopuszczalne jest jednak, gdy niemal zupełnie nie pomaga się młodzieży budować solidnych podstaw swojej wiary. Co chwilę można jednak usłyszeć zachwyty nad frekwencją podczas „Mszy akademickich” tudzież „spotkań charyzmatycznych”. Niemniej to, co na oko może cieszyć, w zestawieniu z ogółem i statystykami okazuje się być ułamkiem procenta. Entuzjaści łudzą się więc pozorami. W rzeczywistości, jak już wskazałem, przytłaczająca większość młodzieży w Polsce jest indyferentna religijnie. Kościół nie podejmuje rzetelnych działań na rzecz przezwyciężenia tego stanu rzeczy.

Przykłady oczywiście można by mnożyć i poddawać je głębszej analizie. Wszystkie jednak wyraźnie pokazują, jak bezsensownie Kościół roztrwonił swój autorytet, jak beznadziejnie rozmija się ze społecznymi oczekiwaniami i jak fatalnie porzucił niemal całe młode pokolenie Polaków, a i wiele osób w wieku średnim czy starszych. Można to podsumować zwięźle: Kościół upada, bo nie naśladuje Chrystusa w sposób radykalny i rozumny. Problemem jest tu przede wszystkim odstawanie od głoszonych ideałów oraz nieumiejętność komunikowania ich nowym grupom osób.

Arcybiskup Fulton Sheen napisał kiedyś: „Nie ma nawet stu osób, które nienawidzą Kościoła katolickiego, ale są miliony, które nienawidzą tego, co błędnie odbiera się jako Kościół katolicki”. I rzeczywiście, polski Kościół wiele robi, by nie myślano o nim jako o Mistycznym Ciele Chrystusa. Zamiast tego Kościół niemal nieustannie puszcza w eter wizerunek bandy upadłych, zatwardziałych i konformistycznych hipokrytów.

Krytycznie obserwowano tenże Kościół, wyczekując nawrócenia. Wtedy jeszcze być może był czas, by się zmienić. Teraz jednak już coraz częściej od Kościoła już niczego się nie oczekuje, zniechęcone społeczeństwo odeszło już za daleko. Choćby Kościół zwrócił się ku odchodzącym od niego, nie zostanie już wysłuchany.

Kryzys już mamy i już widać, że Kościół absolutnie sobie z nim nie radzi. Brak nawet spóźnionych planów na jego przezwyciężenie. Wielu nawet nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, myśląc, że sekularyzacja to jeszcze domena Zachodu, albo bezrozumnie zasłaniając się hasłem postsekularyzmu. To wszystko jednak łudzenie się.

Niektórzy, idący już krok dalej ku zmierzeniu się z przykrą prawdą, wzywają (ogólnikowo) do dialogu, do otwarcia na innych. A i na to często za późno, bo coraz mniej jest chętnych na ten dialog. Wielu zaś jest już tak daleko od Kościoła, że niektóre z katolickich prawd nie stanowią dla nich jakiejkolwiek wartości. Problemem też nie jest nawet agnostycyzm czy ateizm. Problemem jest apateizm – zupełna indyferentność i relatywizm. Tu już nawet nie ma miejsca na żarliwą dysputę. Kluczowe chrześcijańskie hasła typu „Jezus Cię kocha” nie tyle padają na niepodatny grunt, co w ogóle istnieją w kompletnie innym, niekompatybilnym z większością społeczeństwa wymiarze myślenia.

Kościół nie budzi już nawet konstruktywnego sprzeciwu. Jeśli cokolwiek wzbudza, to pogardę, irytację lub znużenie. Wobec topnienia społecznej podstawy Kościoła proces laicyzacji przestrzeni publicznej nabiera tempa. Akty wrogości stają się częstsze i radykalniejsze. Wystarczy wspomnieć chociażby fanatyczny szturm demonstrantów na warszawską kurię podczas „czarnego protestu”. Podczas kampanii wyborczej do europarlamentu swoje słynne antykościelne przemówienie na Uniwersytecie Warszawskim wygłosił zaś Leszek Jażdżewski. To nie pojedyncze wybryki – to forpoczta nowych czasów. To, co jeszcze kilka lat temu wydawało się niewyobrażalne, dziś już przestaje budzić zdziwienie.

Wobec brawury, radykalizmu i determinacji szeroko rozumianych środowisk laickich katolicy zazwyczaj pozostają bierni i bezradni. Nie mają pomysłu ani determinacji na replikę. Nie organizują się w skuteczny sposób, nie przeciwdziałają stanowczo w przestrzeni publicznej, nie wchodzą (tam, gdzie się jeszcze da) w realny i wartościowy dialog. W grze o sumie zerowej, jaką jest walka o dyskurs publiczny, katolicyzm bezwiednie oddał pola hasłom zupełnie z nim sprzecznym. Popularne są zaś strategie oblężonej twierdzy, zgrywania autorytetu tudzież błogiego udawania, że nie jest źle – te postawy nie odwrócą jednak tendencji agresywnie laicyzacyjnej.

Niejeden podnosi się na duchu znanym cytatem z Josepha Ratzingera: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Będzie Kościołem bardziej duchowym (...). Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”. Przyjęto tu jednak założenie, na które nie mogę przystać: że katolicyzm zacznie od zera, na nowo stanie się czymś nowym. W historii nie ma jednak powrotu do stanu pierwotnego; czas nigdy się nie cofa. Gdy Kościół spróbuje się podnieść z upadku, znów wypomną mu jego liczne grzechy. I nierzadko wypomną, słusznie wskazując, ile to razy wzbudziliśmy sprawiedliwe oburzenie. Na hasło „katolicyzm – tak, wypaczenia – nie” raczej nikt się nie da nabrać.

Jest więc we mnie jedno bardzo dojmujące, ale szczere przekonanie. Upadek, który dzieje się na naszych oczach, nie może być już odwrócony. Stawka, o jaką teraz się staramy, to już tylko wielkość marginesu społecznego, na jakim się znajdziemy; tych kilku (może kilkunastu) procent, które zostaną w kraju, który kiedyś puszył się jako ponoć arcykatolicki. I o ten margines warto się starać, pomimo trudów i przeciwności. Takie jest zadanie dane nam przez Chrystusa. Takie są też najgłębsze potrzeby ludzi, z których każdy przecież w głębi serca pragnie Boga.

Łukasz Kożuchowski

Inne głosy z ankiety można przeczytać TUTAJ

----- 

Drogi Czytelniku, w prenumeracje zapłacisz za "Christianitas" 17 złotych mniej niż w zamkniętych do odwołania salonach prasowych. Zamów już teraz, wesprzesz pracę redakcji w czasie epidemii. Do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Po więcej unformacji kliknij TUTAJ.


Łukasz Kożuchowski

(1997), studiuje historię i nauki społeczne w ramach kolegium MISH UW. Współpracownik Muzeum Historii Polski. Interesuje się polską kulturą, zwłaszcza popularną i ludową, oraz społeczeństwem w XIX wieku. Angażuje się w Duszpasterstwo Wiernych Tradycji Łacińskiej oraz w Duszpasterstwo Środowisk Twórczych w Archidiecezji Warszawskiej.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij