Felietony
2018.02.23 18:39

Łaska na trudne czasy

Zadzwonił do mnie znajomy dziennikarz, kolega, zgnębiony nieco zadaniem jakie otrzymał w swojej redakcji. Zlecono mu przygotowanie materiału, który będzie opublikowany po śmierci Papieża Benedykta. Dobrze rozumiem tę jego boleść - nagrywać wywiad o żyjącym tak jakby był już zmarłym - nic przyjemnego. Ani dla nagrywającego, ani dla nagrywanego. Można też sobie łatwo wyobrazić, że ktoś odmawia takiego wywiadu nawet z pewnym oburzeniem.

Ta krótka rozmowa sprawiła jednak, że zamyśliłem się nad pontyfikatem Papieża Benedykta, nad jego znaczeniem dla Kościoła. By lepiej to sobie w myśli przedstawić postanowiłem wyobrazić sobie jaka byłaby dziś nasza - katolików - sytuacja, gdyby Papieża z Niemiec nie było. Powiem bardziej wprost. Spróbowałem sobie wyobrazić dynamikę aktualnych wydarzeń - np. w kontekście kontrowersji wokół adhortacji Amoris Laetitia - bez ogłoszenia motu proprio Summorum Pontificum. Można teraz zapytać, co te dokumenty mają ze sobą wspólnego. Powierzchownie wydaje się, że niewiele. Jeden dotyczy określonej - moglibyśmy dodać - ograniczonej sfery życia liturgicznego Kościoła, drugi - pozornie - dyscypliny sakramentów. Dobrze wiemy, że niekatolickie interpretacje AL idą znacznie dalej, nie są tylko propozycją modyfikacji samej, do pewnego stopnia zmiennej, “dyscypliny sakramentów”. Przyjmy jednak na razie ten powierzchowny opis.

SP to dokument niezwykle niedoceniany, a przecież to motu proprio bardzo zaktywizowało duchowo wielu świeckich, ale też i duchownych. To dokument, którego dziesięcioletnie promieniowanie zmieniło klimat w Kościele, klimat dzięki któremu tradycyjne nauczanie, tradycyjne formy duchowości, pobożności, a szerzej nawet teologii (niekoniecznie tej uprawianej na uniwersytetach) przestały być jedynie obszarem zainteresowania małej, świadomie spychanej na margines, grupy.

Lubię fragment artykułu Pawła Milcarka Wobec Kościoła wszystkich czasów, w którym pisze on o tym kim są lub byli w niedalekiej przeszłości tradycjonaliści. Artykuł powstał akurat dziesięć lat temu, zatem wszystkie wartości liczbowe można o dziesięć podciągnąć:

Trzydzieści i czterdzieści lat temu zostawało się tradycjonalistą po prostu dlatego, że odmawiało się zupełnie wprost i bezczelnie propozycji porzucenia z dnia na dzień tego, co jeszcze wczoraj wszyscy czcili jako najświętsze lub szanowali jako uświęcone wiarą stuleci. Dwadzieścia lat temu można było zostać tradycjonalistą już choćby ze wstrętu do tandety nazywanej przypadkowo „szlachetną prostotą”i nieuctwa traktowanego jako „oczyszczenie”, podniesionych do rangi cnót „współczesnego człowieka”. Dziesięć lat temu zostawało się tradycjonalistą wtedy, gdy się odkrywało to, co „stare” jako absolutnie nowe, tak wyraźnie różne od świeżej „tradycji”z lat 60. i 70., i gdy się „wracało do źródeł”wbrew neoneoscholastyce Rahnera. Dzisiaj jest się tradycjonalistą, gdy się wita z radością i zaangażowaniem „nowe treści” wnoszone do życia Kościoła przez Benedykta XVI – a te nowe treści to: przywrócenie starej Mszy i utradycyjnienie mszału nowego, akcent na Ojcach Kościoła, przerzucanie pomostów do Magisterium dawniejszego niż osobista pamięć większości biskupów…

To “dzisiaj” z przytoczonego fragmentu ma już dekadę. Nasze “tutejsze” dzisiaj - gdybyśmy je mieli formułować - można by ułożyć choćby tak. “Dzisiaj jest się tradycjonalistą, gdy odmawia się zupełnie wprost i bezczelnie propozycji porzucenia z dnia na dzień tego, co jeszcze wczoraj wszyscy czcili jako najświętsze”. Właściwie należałoby powtórzyć słowa odnoszące się do czasów sprzed lat pięćdziesięciu. Tym wyrzucanym dziś na śmietnik dobrem jest nierozerwalność małżeństwa, którą podważa się w imię źle pojętego miłosierdzia. Miłosierdzie to miałoby polegać na dopuszczeniu do Komunii Świętej osób, które nie podjęły drogi nawrócenia będąc w ponownym związku po rozwodzie. Bez wątpienia ważnym nurtem oporu wobec unieważniania za pomocą AL, w samym Kościele, nauczania katolickiego, będącego zawsze aktualizacją orędzia ewangelicznego, są wierni przywiązani do tradycyjnej liturgii łacińskiej. Środowiska tradycji jako nurt rozlały się szeroko, są aktywne intelektualnie i to nie tylko na polu zaangażowania w sprawy liturgii. Dla wielu tradycyjna katolicka liturgia jest już codziennością z której czerpią łaskę by bronić całości katolickiej prawdy. To bez wątpienia owoc SP.

Jednak to nie wszystko, może nawet w sumie niewielki wycinek. Ogłoszenie SP było jak wyciągnięcie korka, który blokował przepływ łaski w całym Kościele. Łaski wstrzymywanej przez posoborową ideologię, przez “sobór mediów”. Wielu z tych, którzy jeszcze za Jana Pawła II cieszyli się, że Papież zachowuje podstawowe prawdy wiary, promuje pobożność, zabiega o to by nie rozmontowywano sakramentów, po decyzji Papieża Benedykta odetchnęło pełną piersią, poczuło się w Kościele jak w domu. Jak wielu dziś jest katolików, którzy nawet jeśli nie uczęszczają na tradycyjną liturgię lub robią to sporadycznie uważa ją za część normalnego katolickiego krajobrazu czy nawet źródło osobistego umocnienia. Za ryt, który jest przekazem najgłębszym w Kościele, sięgającym w głąb zarówno dziejowo jak i w poznaniu wiary. Łaska działa obficie i niemechanicznie zatem jest ona przyjmowana przez tych, którzy zachowują na nią otwartość, choć ich postawa mniej jest activa a bardziej actuosa. Nie raz pewnie ten szacunek dla starej liturgii wynika z szacunku dla Papieża-seniora. Nie szkodzi - jeszcze raz napiszę, działanie łaski nie jest mechaniczne i pontyfikat Benedykta napełnił nią wiele kanałów ludzkiego życia. To bogactwo osób przywiązanych - niejako na nowo - do prawdziwie ewangelicznego i katolickiego przeżywania wiary pokazuje od jak wielu łask Kościół był odcięty przez ideologię chcąca amputować dorobek wieków. Dorobek pracy rąk ludzkich i łaski.

Można się zastanawiać, czy duchowni i świeccy broniący dziedzictwa katolickiego głównie z perspektywy obrony stanowisk Jana Pawła II mieliby dość siły by w osamotnieniu przeciwstawiać się majstrowaniu przy doktrynie. Wielu osiadłoby na pozycji zadowolonego konserwatyzmu, któremu wystarcza to, że AL można interpretować w zgodzie z adhortacją Jana Pawła II Familiari Consortio. Jednak sam “wojtylianizm”, jak sądzę, także doświadczał swoistej oschłości duchowej i intelektualnej wynikającej z jego osadzenia na posoborowym odcięciu od wielu dawnych źródeł łaski. Właściwie można powiedzieć, że przeważającym elementem “wojtylianizmu”, było powiązanie prawdziwości nauczania kościelnego z osobistym autorytetem Jana Pawła II, a nie z niezmiennością i długim trwaniem tego nauczania. Pisma Jana Pawła II, często są czytane nie jak aktualizacja Ewangelii, ale niczym dość oryginalna katolicka filozofia, w duchu kolejnego systemu intelektualnego. Zauważyłem to już przed laty podczas lektury książek dość znanego francuskiego popularyzatora janopawłowej antropologii Yvesa Semena. Później już tylko to wrażenie się pogłębiało. Rzeczywistość zerwania sprawiła, że tak jak mieliśmy “Kościół posoborowy”, w opisujący środowiska progresistowskie, tak samo mieliśmy “Kościół Wojtyły”. Choć ten drugi należy cenić za liczne świetne dokumenty, to jednak był on także nieco suchym preparatem teologicznym, “teologicznym konserwatyzmem” pozbawionym powiązania tym konkretem katolickiego życia jakim jest tradycyjna liturgia, serce katolickiego życia i kultury.

Dzięki motu proprio SP katolicy otrzymali punkt oparcia i siłę przyciągania, biegun, źródło łaski tryskającej z tradycji trwającej od początku, aż do dziś. Odzyskaliśmy dzięki niemu także możliwość integralnego spojrzenia na wiarę w jej historii, możliwość integralnego myślenia o niej, bez złamanego karku jakim była formatująca na nowo Kościół posoborowa ideologia. Dotyczyło to każdego z nas nawet jeśli szczerze wyznawał wszystkie prawdy wiary. Dlaczego tak było? Ponieważ wiara to nie tylko doktryna, to nie tylko wspólnota, to nie tylko posłuszeństwo, ale także to, co jest spoiwem religijnej kultury - ryt liturgiczny, ryt wiary, ryt życia. Summorum Pontificum było zatem - patrząc opatrznościowo - proroczym gestem Papieża na trudne czasy, w które już weszliśmy. Duch Święty zesłał wierzącym źródło pocieszenia, najbardziej konkretnie duchowe, w rytuale. I nie była to sprawa nieprzygotowana, skoro już pod koniec lat 70. Marta Robin, francuska stygmatyczka i mistyczka, bliska właściwie wszystkim nurtom zaangażowanego katolicyzmu w tym kraju, powiedziała opatowi Fontgombault, że “Msza wróci”, w chwili gdy ostatecznie rugowano ją z użytku. Duch Boży widział, że potrzebna jest skała pełni wiary, gdy Piotr-Skała będzie się w swojej ludzkiej słabości chwiał.   

Tomasz Rowiński


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; ostatnio wydał "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa". Mieszka w Piastowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij