Polemiki
2019.01.15 10:33

Jeszcze kilka słów o postawach w świecie tradycji. W odpowiedzi Tomaszowi Dekertowi

Kilka dni temu na portalu „Christianitas” ukazał się tekst Tomasza Dekerta będący odpowiedzią na mój artykuł, który opublikowałem na łamach portalu UnaCum.pl. Podjąłem w nim próbę naszkicowania dwóch opozycyjnych postaw i motywacji w obrębie współczesnego indultowego tradycjonalizmu w Polsce. Dekert w swoim tekście stwierdził natomiast, że moja wypowiedź wywołała w nim mieszane uczucia. Zacytujmy jego słowa:

Z jednej strony w dużym stopniu zgadzam się (...) w kwestii przewagi „pozytywnego” apostolstwa na rzecz dawnych form liturgicznych nad uprawianiem go za pośrednictwem wieszania psów na formach nowych. Moim zdaniem również trafnie diagnozuje on część chorobliwych tendencji, których nie brakuje w środowiskach tradycjonalistycznych. Z drugiej jednak strony jego opis postaw „starych” [radykalnej opozycji wobec NOM opartej głównie na argumentach historycznych i teoriach z zakresu liturgiki] grzeszy brakiem głębszej refleksji nad ich uwarunkowaniami i brakiem postawienia pytania o ich obiektywne racje.

Choć wypowiedź Dekerta w znacznej mierze pozostaje sceptyczna, a nawet krytyczna wobec mojego tekstu, jestem mu bardzo wdzięczny za jej przedstawienie. Powody są dwa. Przede wszystkim cieszę się, że udało się w jakiś sposób pobudzić debatę na temat, który jest bardzo istotny dla życia środowisk tradycji łacińskiej w Polsce. Wierzę, że taki dialog jest potrzebny; że nie można w bezrefleksyjny sposób przechodzić do porządku dziennego nad tego typu zagadnieniami. Chciałbym, aby polskie środowisko tradycji łacińskiej, do którego i ja się zaliczam, a więc którego błędy nierzadko są moimi błędami, umiało spojrzeć na siebie krytycznie i w kontekście otaczającego go świata, nawet jeśli wyprowadzenie finalnych wniosków z tej debaty miałoby się odbywać w formie krytyki i odrzucenia moich pierwotnych koncepcji. Po drugie zaś, cieszę się, że jesteśmy zgodni w dwóch najistotniejszych kwestiach: chorobliwości pewnych agresywnych i krytykanckich postaw obecnych w świecie tradycji oraz konieczności eksponowania motywacji pozytywnych. Na tych fundamentalnych spostrzeżeniach można bazować przy dalszej refleksji.

Dekert wyraża także, jak wspomniałem powyżej, kilka sceptycznych komentarzy w stosunku do moich idei i propozycji zaprezentowanych na łamach „Nowego Ruchu Liturgicznego”. Poniżej chciałbym odnieść się zwięźle do przedstawionych obiekcji, poniekąd w charakterze obrony oraz pełniejszego przedstawienia mojego stanowiska, które wobec tekstu Dekerta uległo pewnym zmianom, acz w głównych założeniach jest nadal przeze mnie podtrzymywane.

Przede wszystkim muszę przyznać, że brak ukazania „starych” postaw w ich kontekście nieco zniekształcił obraz. Celem mojego tekstu była ich krytyka, ale w zastosowanej przejaskrawionej formie, nie oddającej pełni zniuansowania sytuacji, najwyraźniej mój tekst utracił pewną dozę mocy przekonywania, rażąc swego rodzaju sztucznością. I choć zaznaczyłem, że postawy celowo przerysowuję i kontrastuję, powinienem był najwyraźniej dołożyć więcej precyzji do swojego szkicu. Byłby wtedy po prostu rzetelniejszy i wiarygodniejszy, a przez to bardziej wartościowy dla refleksji i dyskusji Czytelników.

Niemniej jednak nie wszystkie sugestie Dekerta są dla mnie w pełni przekonywujące. Argumentuje on bowiem, że w znacznej mierze „stare” postawy (co w tym kontekście oznaczałoby dokładnie pewną wojowniczość, krytycyzm i nieustępliwość) mogą wynikać z bardzo represywnego podejścia kościelnego mainstreamu do tradycyjnych inicjatyw liturgicznych. I rzeczywiście, chyba każdy, kto w środowisku tradycji jest nie od wczoraj wie, że nie tylko kiedyś, ale i dziś bywa w tej materii bardzo ciężko. Mam tu jednak dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, wskazanie hardej postawy mainstreamu pozwala zrozumieć, dlaczego niektórzy, niejako w reakcji obronnej, obrali taki a nie inny sposób działania. Zrozumienie nie oznacza jednak usprawiedliwienia i wskazania racjonalnej zasadności. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, warunki się zmieniają. I należałoby się do tego dostosować. Bo o ile pewne cechy „starej” postawy mogły być przydatne przy oporze wobec niechęci kleru skierowanej w NFRR (o ile nie występowałyby w tak rozdmuchanej formie, jak to czasem bywa), to obecnie niejednokrotnie wywołują efekt odmienny od zamierzonego. Po prostu zacietrzewienie odrzuca wielu z tych, którzy samorzutnie chcieliby się tradycją zainteresować, ale odchodzą zniechęceni osobliwym radykalizmem części tradycjonalistów. To, co bywa czasem trzymaniem gardy wobec napastliwych, bywa też zarazem niedopuszczaniem do siebie tych, którzy mają dużo lepsze intencje i pozytywne nastawienie.

Po drugie, sam fakt problemów z „agresywnym nawracaniem na NOM” czy trudnościami w uzyskiwaniu zgód na celebrację w usus antiquor nie może oznaczać dla strony tradycjonalistycznej przyzwolenia na wszystko. Kiedyś bywało trudno z uzyskaniem zgody na stare formy pobożności, ale i dziś tak bywa. Tendencja jest zdecydowanie pozytywna i nie można zastanej sytuacji interpretować jako prostej dychotomii. Sam znajdowałem się nie raz i nie tak dawno w okolicznościach, w których duchowni wykazywali zupełnie irracjonalną i niemal nieprzejednaną postawę niechęci czy wręcz pogardy wobec wiernych proszących o sakramenty w starszej formie. Dla przykładu, byłem świadkiem sytuacji, gdy proboszcz na dziesięć minut przed pogrzebem próbował odwołać swoją zgodę na obrzędy w usus antiquior. Kazał on, już ubranemu do Mszy Requiem celebransowi, który nota bene przyjechał specjalnie na tę okazję z innego miasta, wynosić się, podczas gdy on, wbrew woli rodziny, chciał przystąpić do odprawienia pogrzebu wedle nowych ksiąg. Inny przykład: kilka dni temu, gdy przyjmowałem księdza z parafii po kolędzie, w sposób niebywale prostacki, pogardliwy i pełen ignorancji wyrażał się on o moim upodobaniu do liturgii tradycyjnej. I oczywiście, w takich sytuacjach pojawia się gniew, pojawia się gorycz, pojawia się zniechęcenie. To normalne ludzkie reakcje. Jednak uleganie tym emocjom, a tym bardziej przemienianie ich w trwałą postawę, jest nie tylko niepraktyczne, ale też po prostu grzeszne i odstręczające. Trzymanie gardy w ten sposób uderza potężnym rykoszetem. Owszem, powinno się reagować, ale rzeczowo i w punkt, a nie na zasadzie niemerytorycznego odwetu. Dekert pisze:

Antagonizm pomiędzy zwolennikami obu form ma swoje źródło tak naprawdę w akcie negacji tradycyjnej formy kultu, jaki stanowiło wprowadzenie formy nowszej i administracyjne wyparcie tej pierwszej z życia Kościoła. Tradsowskie idee fixe, z całym związanym z nimi krytykanctwem, napastliwością, niekiedy niezdrowym pryncypializmem itd. można traktować jako całkiem adekwatne reakcje, odzwierciedlające głębię tego aktu.

Na te słowa odpowiedziałbym, że po pierwsze, dziś już jednak coraz mniej osób tradycyjną liturgię neguje; a po drugie, że i dziś, i kiedyś odpowiedź w postaci negowania nowej liturgii z pozycji liturgii starej nie rozwiązuje problemu, a może prowadzić tylko do zaognienia sporu i polaryzacji. Rozumiem, że niektórzy z liturgicznych reformatorów 2. połowy XX w. też są winni licznych problemów (i wręcz je zainicjowali), ale to nie powód, by uruchamiać niekonstruktywne sposoby krytyki bazującej na historycznym resentymencie i przenosić je niemalże kalką na dzisiejsze realia, późniejsze o kilkadziesiąt lat. Dekert również stwierdza, że nie próbuje ignorować czy bagatelizować wad tego typu radykalizmu. Zasadniczo więc, jak mniemam, jesteśmy w zgodzie. Powyżej chciałem jedynie klarowniej wyłożyć swoją opinię oraz zasugerować, że moja postawa wobec opisywanych zjawisk jest jednak bardziej krytyczna.

Następnie Dekert wspomina, że podobnie jest z ostentacyjnym zwróceniem „starych tradycjonalistów” ku historii liturgii i wytykaniu błędów NOMu. Wedle niego jest to reakcją na lekceważenie czy wręcz pogardliwe usuwanie starszych form pobożności przy wprowadzaniu NOM. I tu jednak mam tę samą konstatację: owszem, tłumaczy to, skąd biorą się krytyczne poglądy, ale nie usprawiedliwia to ich funkcjonowania i przemieniania w postawę; nie sprawia, że są one słuszne i merytoryczne. W pewnych momentach wypada po prostu nie ulegać emocjom oraz niemerytorycznym pobudkom, choćby wynikały one z rzeczywiście doznanej szkody. I to jest jeden z tych momentów. Takie liturgiczne „oko za oko” w formie „ty lekceważysz mój ryt, to ja lekceważę twój” jest skrajnie niekonstruktywne i może tylko przyczyniać się do zaognienia antagonizmów, do pogłębienia przepaści. Rozumiem, że niektóre postawy „starych”, jak determinacja i stabilność poglądów, które ujawniają się w takich ostrych sporach, są wartością. Niemniej jednak w zwyrodniałej formie, w jakiej nierzadko funkcjonują (krytykanctwo, resentyment, wrogość etc.), nie mogą być akceptowane i powinno się je poddawać konstruktywnej krytyce. Przyzwolenie na nie jest szkodliwe dla całego środowiska tradycji, które przez takie postawy samo siebie spycha do getta i przykleja sobie łatkę oszołomów, a w najlepszym wypadku ekscentryków. Ze względu na swoją mniejszościową pozycję w Kościele, z boku od głównego nurtu, środowisko tradycji katolickiej musi być zdolne do swego rodzaju ugodowości i dialogu, jeśli chce móc w ogóle jakkolwiek funkcjonować poza nielicznymi i wąskimi grupkami nieinkluzyjnych duszpasterstw tradycji.

Kolejną kwestią poruszaną przez Dekerta jest motywacja „młodych” co do uczęszczania na NFRR, a mianowicie fakt, że „młodzi” wybierają tę formę liturgii, gdyż odpowiada ona lepiej ich indywidualnemu uświęceniu i pobożności (brak tu automatycznego odrzucenia NOMu). Dekert twierdzi, że skoro zwolennicy nowej liturgii forsowali ją jako bardziej odpowiednią dla współczesnego człowieka, a ja używam tej samej argumentacji za NFRR, to nieuchronnie przemieniam się w krytyka NOMu. Oto jego wypowiedź:

Kożuchowski występuje (...) nieświadomie i wbrew własnym intencjom, jako zdecydowany adwersarz idei reformatorskich i krytyk NOMu. Jeżeli bowiem nie ma problemu z pogodzeniem „człowieka współczesnego” (abstrahuję tu od iluzorycznego charakteru tej kategorii) i przedsoborowej formy rytu rzymskiego, to reforma w tym kształcie i przebiegu jaki miała, była w najlepszym wypadku niepotrzebna, a w najgorszym stanowiła horrendalny błąd.

W odnośnym fragmencie mojego tekstu ukryty jest jednak pewien „haczyk”. Ową aluzję, dotyczącą wadliwości form NOM zrobiłem zupełnie celowo. Przecież zdaję sobie sprawę z tego, że uznawanie wyższości NFRR nieuchronnie implikuje zauważanie braku pewnych zalet w NOMie. Jest tu jednak kwestia rozłożenia akcentów – to, co wielu wyraża w formie negatywnej „NOM jest gorszy”, sam staram się się wyrażać jako „NFRR ma zalety”. Sens obydwu stwierdzeń jest podobny, ale drugie z nich ma dużo bardziej pozytywny i przystępny wydźwięk. Osobiście, patrząc z punktu indywidualnej pobożności, NFRR jest dla mnie lepszy niż NOM i odwrotnie: widzę w NOMie istotne wady, których NFRR nie ma.

Idźmy dalej. O ile posoborowi reformatorzy liturgiczni NOM narzucali jako odpowiedni dla wszystkich współczesnych wiernych in toto, o tyle ja rozpatrywałbym to na płaszczyźnie jednostkowej, nie masowej. „Współczesny człowiek” to dla mnie termin oznaczający szczegółowy, a nie ogólny kwantyfikator. Innymi słowy: jestem przekonany, że istnieje wielu współczesnych ludzi, dla których NFRR jest w swojej formie najlepszy, ale to nie oznacza automatycznie, że w ogóle nie ma osób, dla których lepszy w swoich rytuałach jest NOM. Ludzi na świecie są miliardy i pochodzą z przeróżnych miejsc i kultur. Nawet gdyby kwestię rozważać tylko w odniesieniu do kultury zachodniej, dla której formą modlitwy jest zasadniczo ryt rzymski w swoich różnych wersjach, to ferowanie tak ogólnych sądów jest obarczone bardzo wysokim ryzykiem błędu. Dla mnie czy dla wielu moich znajomych NFRR w swojej formie rzeczywiście lepiej wspomaga agere contra wobec świata. Ale ani ja, ani moi znajomi nie absolutyzujemy tego doświadczenia, nie „zmuszamy” innych do posiadania takich samych przekonań, skoro Kościół daje tu swobodę. I na NFRR i na NOM człowiek rzeczywiście spotyka Chrystusa i uobecnia się Ofiara Krzyża – to najważniejsze i wystarczające. W obliczu boskiej pełni Ofiary Chrystusowej wszelki ludzki gest, słowo czy obrzęd mogą być jedynie swego rodzaju dodatkiem czy ilustracją. Nie mówię, że generalnie i dla każdego NFRR koniecznie musi być lepszy. Być może tak jest, ale nie mam kompetencji, by to wiążąco rozsądzać. Kompetentny i wiążący jest ku Kościół, a skoro NOM i NFRR są uznane przez Kościół za równie ważne i godne (i bynajmniej nie zanosi się na zmiany w tej materii), to jednostka ma prawo wybierać. I o ile dla mnie NFRR jest tu bardziej pomocna w swojej formie to nie widzę powodu, by dla kogoś w tej materii nie miałby być lepszy NOM. Trudno mi to sobie, szczerze mówiąc, wyobrazić, bo w moich oczach NFRR jest dużo bardziej dopracowany w kwestii formy od NOM. Nie jestem jednak nieomylny, więc nie chcę narzucać innym swoich przekonań, co do których nie mam rozstrzygających dowodów o ich słuszności, a na dodatek Kościół ma w tej sferze inną praktykę, traktując obydwie formy rytu jako równie dobre.

Dekert twierdzi, że skoro uznaję, że NFRR jest dobra dla współczesnego człowieka, to wprowadzenie NOM było błędem. Nie widzę jednak sensu, jak już wspominałem, w takim zwrocie ku przeszłości, który nie zmienia realnie istniejących okoliczności kościelnych wokół nas. Powiedziałbym raczej, przyjmując perspektywę obecnych, nie historycznych realiów, że po prostu wierni katoliccy są różni, mają różną mentalność. Precyzując: widzę istotne walory NFRR w przeciwdziałaniu różnym bolączkom ponowoczesności, ale nie twierdzę, że dla absolutnie każdego wiernego te walory są oczywiste. I o ile dla jednego wiernego lepszy jest NOM, to dla drugiego lepsza może być NFRR. Nie widzę tu żadnej sprzeczności. Można to porównać do leczenia: są nierzadko bardzo dobre lekarstwa, z jakiegoś powodu na danego konkretnego pacjenta nie działają. Pomiędzy „tylko NOM” a „tylko NFRR” tertium datur: współistnienie obydwu form tak, aby wierni o różnych duchowościach mogli się odnaleźć albo tu, albo tam. W obliczu współistnienia i uznania przez Kościół za równie wartościowe obydwu form rytu rzymskiego błędami są obydwa totalizmy. Pierwszy – „novusowy” – który (niemalże) w pełni odrzuca stare formy, chcąc wyrugować je na zawsze, nie zważając na to, że część wiernych szczerze prosi o możliwość udziału w liturgii wedle usus antiquior. Drugim totalizmem jest zaś totalizm „trydencki”, który w swojej niechęci i krytyce wzywa do (niemal) pełnego odejścia od Novus Ordo Missae pomijając fakt, że owa forma Mszy również uświęca rzesze ludzi i może robić to nie gorzej niż NFRR, bo tak samo jak w NFRR realnie uobecnia się w niej Ofiara Chrystusa, która jest w tym wszystkim kluczowa. Obydwa radykalizmy „albo-albo” wprost idą w poprzek wielowiekowej tradycji Kościoła, który zawsze pozwalał na istnienie pluralizmu form pobożnościowych, w tym rytów Mszy, nawet jeśli szczególnie promował któryś z nich.

Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć ponownie, że nie rozważam tej sytuacji z historycznego punktu widzenia, gdy w latach 60. i 70. opracowywano Novus Ordo Missae i zastanawiano się nie tylko nad kształtem, ale w ogóle nad samym faktem jego wprowadzenia. Czasu nie odwrócimy, choćbyśmy nawet byli pewni, że wiele rzeczy powinno się wówczas zrealizować kompletnie inaczej. Dywagowanie i spieranie się na tematy z zakresu historii liturgii (“czy wprowadzenie Novus Ordo było słuszne?”) niewątpliwie przynosi lepsze zrozumienie i wnioski na przyszłość, ale biegu historii nie odwraca. Powyższe spostrzeżenia staram się przedstawiać z punktu widzenia aktualnych realiów, które oczywiście nie muszą (i często nie powinny) podobać się każdemu, ale – brutalnie mówiąc – innych realiów nie mamy. Obydwie formy rytu rzymskiego są już głęboko zakorzenione w życiu Kościoła. Nie ma żadnych widoków na pełne wyrugowanie którejkolwiek z nich, na, jak to chcą nazywać niektórzy, “odwołanie nieudanego eksperymentu o nazwie Novus Ordo”. NOM nie podlega tak abstrakcyjnej i swobodnej dywagacji o potencjalnej mocy sprawczej jak kiedyś. O ile kiedyś pytaniami w stosunku do NOM było „czy” i „jak”, to w obecnej sytuacji jest to już tylko „jak” i to odnoszące się raczej nie do kwestii zasadniczych. Obecnie jesteśmy już skrępowani faktami dokonanymi, które należy brać pod uwagę przy dywagacjach liturgicznych, choćby i szły one w poprzek naszym przekonaniom i odczuciom. Hipotetyczne bajanie o słuszności lub nie wprowadzenia NOM w takiej czy innej formie w latach 70. tylko oddala od dużo realnych pytań, jak np. “NOM jest faktem, jest istotną i zakorzenioną częścią życia milionów katolików. Nie ma widoków na jego odwołanie. Jak odprawiać go godnie, nabożnie, zgodnie z duchem liturgii?” albo “jaką pozytywnā rolę w życiu Kościoła, modlącego się z przytłaczającej większości nowym rytem Mszy, mogą odgrywać mniejszościowe grupy tradycjonalistów?”. Trzeba zejść na ziemię i podejmować te kwestie, w których możemy czynić realne, choćby i małe, dobro, niż dywagować o wielkich, ale czysto teoretycznych, projektach.

Następnie Dekert prezentuje i poddaje krytyce trzy cechy „nowej” pobożności, czyli subiektywizację, funkcjonalizację i estetyzację. Dekert porównuje to do liberalnej religijności „szytej na miarę”, gdzie w praktyce to człowiek zmienia duchowość, a nie duchowość człowieka. Życie religijne staje się wtedy swego rodzaju sposobem bycia, modą. Jest jednak jedna zasadnicza różnica pomiędzy ideą prezentowaną przeze mnie, a tą krytykowaną przez Dekerta. Przyjmuję bowiem za kluczowe kryterium ramy katolicyzmu. Tym, co proponuję, jest możliwość swobodnego wyboru, ale tylko i wyłącznie w zakresie, w którym Kościół pozostawia wiernemu swobodę. Nie ma tu miejsca na „wolną Amerykankę”; nie ma miejsca na przedkładanie sensualizmu i własnych prywatnych opinii nad Kościół. I tak, jak rozważający życie duchowne młody mężczyzna może wybierać pomiędzy różnymi zakonami, aby jak najlepiej dla swojego i innych uświęcenia wykorzystać dany mu przez Boga potencjał, tak i wierny może wybierać pomiędzy różnymi rytami. Tak jak każdy zakon ma inną duchowość, nieraz bardzo różniącą się od innych, tak i każdy ryt ma swoją specyfikę. Niemniej nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że ex definitione dominikanie są lepsi od bonifratrów, albo benedyktyni od franciszkanów. Każdy z tych zakonów ma inny sposób bycia, ale jeśli jest on realizowany prawidłowo i zgodnie z zaleceniami Kościoła, dobrze pomaga Kościołowi głosić Ewangelię najróżniejszym grupom ludzi i uświęcać rzesze osób. Możliwość wyboru i pewna swoboda nie oznaczają libertynizmu, modernizmu i nijakości. Przeciwnie – różnorodność to szansa na mówienie o niewysłowionym Bogu różnymi sposobami; zbliżania się do jego niepojmowalnej tajemnicy różnymi drogami tak, aby móc do Niego przyprowadzić jak najszersze rzesze ludzi.

Dzięki różnorodności, mieszczącej się oczywiście w ramach ortodoksji, Kościół staje się prawdziwie katolicki, powszechny: łączy w sobie różnych ludzi wraz z ich różnoraką duchowością pokazując, że pomimo różnic między nami naszym ostatecznym początkiem i końcem jest jeden i ten sam Bóg. I tak jak Kościół uznał, że do mentalności różnych ludów pasują różne formy modlitwy Mszy (Kościół rzymski – ryt rzymski; Kościół bizantyjski – ryt bizantyjski; Kościół ormiański – ryt ormiański itd.), tak i tu nie widzę problemu, żeby w obecnych realiach uznać, że części rzymskich katolików bardziej odpowiada Msza w formie zwyczajnej, a innym – nadzwyczajnej. „Odpowiadanie” rozumiem tu jednak nie jako pobłażanie czy bezrefleksyjne inkorporowanie, a jako ignacjańskie agere contra – korygowanie tego, co nieprawidłowe, dawanie prawdziwego duchowego pokarmu. Dlatego też za zaletę NFRR uważam chociażby radykalny teocentryzm, bo po prostu tego teocentryzmu obecnemu światu drastycznie brakuje. Analogicznie – moją wątpliwość budzi „zwrot antropocentryczny” w NOM, który jawi mi się jako uleganie pewnym niekatolickim trendom ponowoczesnej kultury, a nie jako potrzebna korekta. Bazując na swoim doświadczeniu jestem jednak niemalże pewien, że NOM ma w swoich rytuałach różne elementy, które niejednej żyjącej w czasach postmodernizmu osobie lepiej niż usus antiquior pomagają dążyć do uświęcenia. Wielu moich prawdziwie pobożnych znajomych choć zna NFRR, to preferuje NOM. Szczytem bezczelności z mojej strony byłoby stwierdzenie, że takimi właśnie preferencjami wykazują ignorancję czy defekty w duchowości. W swoim tekście Dekert opisuje i krytykuje zaś chodzenie na duchową łatwiznę, pogoń za emocjonalnymi wrażeniami czy religijne wygodnictwo. Sprzeciwia się subiektywizmowi, który i ja potępiam. Jest on przecież także jednym z głównych wyznaczników „sumy wszystkich herezji”, czyli modernizmu. Także i ja nie zgadzam się na sytuację, gdzie ramy wiary w całości lub niemal w całości dyktowane są przez personalne wygodnictwo i mętnie określone „przeżywanie”. Jest to wtedy karykaturalna atrapa wiary, a nie prawdziwy katolicyzm.

Tekst Dekerta wieńczy konkluzja, że „młodzi” w takim kształcie, w jakim zostali zaprezentowani w moim tekście, niekoniecznie dysponują odpowiednim „programem” dla Kościoła czy też środowiska tradycji łacińskiej. I tu także się zgadzam. Tego i ja nie wiem na sto procent. Arbitrem tu musi pozostać czas. Jedyne, co staram się zrobić to przedstawić pewne propozycje, które w moim przekonaniu mają w sobie pewien potencjał. Czy to moje przekonanie jest w pełni słuszne? Siłą rzeczy nie mam możliwości, by udzielić na to pytanie całkowicie pewnej odpowiedzi. Z tego powodu cenny jest konstruktywny dialog, dążący do wypracowania wspólnie najlepszego możliwego rozwiązania. Dlatego też, kończąc niniejszą wypowiedź, chciałbym jeszcze raz serdecznie podziękować Tomaszowi Dekertowi za czas poświęcony zagadnieniu i za konstruktywną krytykę, z którą choć nie zawsze się zgadzam, to niewątpliwie zmusza ona do ponownej refleksji nad własnymi przekonaniami.

Łukasz Kożuchowski

 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

 

Zamówi "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

 


Łukasz Kożuchowski

(1997), studiuje historię i nauki społeczne w ramach kolegium MISH UW. Współpracownik Muzeum Historii Polski. Interesuje się polską kulturą, zwłaszcza popularną i ludową, oraz społeczeństwem w XIX wieku. Angażuje się w Duszpasterstwo Wiernych Tradycji Łacińskiej oraz w Duszpasterstwo Środowisk Twórczych w Archidiecezji Warszawskiej.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij