Felietony
2017.09.19 13:19

Herbata z dziegciem

Wśród substancji cenionych przez ludzi myślących dziegieć - jak sądzę - winien zajmować miejsce szczególne.  Mimo smolistej konsystencji i złego zapachu był nadzwyczaj cennym i wszechstronnie używanym środkiem, przy tym zdolnym zepsuć wszelką słodycz. W analizach rzeczywistości warto zawsze mieć przy sobie choćby łyżkę myślowego dziegciu. W roku obchodów, a nieraz wręcz celebracji, 500-lecia reformacji można przy tym zajrzeć do książki „Łyżka dziegciu w ekumenicznym miodzie” Janusza Tazbira z 2004 roku. Nie jednak dla samego przypomnienia kontekstów reformacyjnych w Polsce i poza nią. Otóż Tazbir kończy tę pracę pewnymi swobodnymi przewidywaniami, spekulacjami, zgadywankami na temat tego, jak będzie się miał Kościół w wieku XXI.   

Przewiduje, że burzliwe konklawe  po śmierci Jana Pawła II ostatecznie zakończy epokę papieży włoskich (italski kandydat otrzyma najmniej głosów). Wybór pada zaś - wymyśla Tazbir - na kandydata z Ameryki Południowej, Peruwiańczyka indiańskiego pochodzenia, który  przyjmuje imię Jan Paweł III. Zgodnie z ustaleniami podjętymi w Kościele w tym czasie, składa on swą funkcję osiągnąwszy 75 lat. Podobnie uczynią jego następcy: Paweł VII i Paweł VIII. Pochodzący zaś z Chin Sylwester III złożenia tiary w terminie odmówi, jako że będzie potrzebował więcej czasu na przygotowanie Soboru Watykańskiego III.

Jan Paweł III deklaruje, że będzie kontynuował linię swego poprzednika, ale wsparty autorytetem wielu teologów i zakonu jezuitów zezwala na stosowanie środków antykoncepcyjnych. Nie znosi jednak celibatu księży i nie dopuszcza kapłaństwa kobiet. Kończy też z modnym - wedle celnego chyba określenia Tazbira - rozliczaniem błędów Kościoła, jednocześnie też odrzuca aprobujące podejście do Husa czy Lutra jako rzekomo reformatorów Kościoła. Pontyfikat ten zbiega się w czasie z potężnym ruchem moralnej odnowy ludzkości, zwanym neowiktorianizmem. Wprowadzono restrykcje dotyczące pokazywania spraw seksu w środkach masowego przekazu. Rzym czyni wiarę w istnienie piekła nieobligatoryjną. Papież Jan Paweł III wiele podróżuje, nie odstraszają go liczne zamachy na jego życie przeprowadzane przez muzułmańskich fundamentalistów. Polacy nie cenią go jednak wielce, a Kościół w Polsce zaczyna przysparzać władzom  w Watykanie poważnych trosk. Jest  bowiem Kościołem niesubordynowanym, podzielonym, nastąpiła tu schizma na Kościół otwarty (sam Tazbir nie używa tego określenia) oraz narodowy, związany z „lefebrystami”. Ich pismo „Zawsze wierni” staje się potężnym i wpływowym dziennikiem. Postępuje nadal angażowanie laikatu w sprawy eklezji, lecz wygłaszane przez świeckich homilie nie zawsze są zgodne z nauczaniem Kościoła. Nie stosują się też do niego niektóre zakony, zwłaszcza jezuici i dominikanie. Konflikt dotyczy m.in. sytuacji sakramentalnej osób żyjących w konkubinatach oraz małżeństw między homoseksualistami. Rozłam i utratę wiernych wiąże się w Kościele w Polsce z wejściem tejże do Unii Europejskiej, prasa świecka zaś twierdzi, że jest to skutek powszechnego dostępu do wolności słowa, której ambona nie jest już - jak wcześniej - jedyną strażnicą. Tyle wizji Tazbira. Co nam ona mówi po latach?

Powyższy opis zaskakuje pewną chaotycznością korekt mających się dokonać w łonie Kościoła. Zgoda na stosowanie antykoncepcji ma być usankcjonowaniem stanu faktycznego (tj. powszechnego jej stosowania), a jednocześnie wchodzi w kontekst odnowy moralnej przychodzącej jednak spoza Kościoła. Nie jest to sprzeczne tylko o tyle, o ile byśmy uznali antykoncepcję za moralną i mogącą być częścią tejże odnowy moralnej. Wiadomo, jak wielką dyskusję (poza samym nauczaniem o antykoncepcji) wywołało nauczanie Jana Pawła II zawarte w encyklice Veritatis splendor dotyczące sumienia, np.: „(...) niektórzy proponują przyjęcie swego rodzaju podwójnego statusu prawdy moralnej. Obok płaszczyzny doktrynalnej i abstrakcyjnej należałoby uznać odrębność pewnego ujęcia egzystencjalnego, bardziej konkretnego. Ujęcie to, uwzględniające okoliczności i sytuację, mogłoby dostarczać uzasadnień dla wyjątków od reguły ogólnej i tym samym pozwalać w praktyce na dokonywanie z czystym sumieniem czynów, które prawo moralne uznaje za wewnętrznie złe. W ten sposób wprowadza się w niektórych przypadkach rozdział lub nawet opozycję między doktryną wyrażoną przez nakaz o znaczeniu ogólnym a normą indywidualnego sumienia, które w praktyce miałoby stanowić ostateczną instancję orzekającą o dobru i złu” (VS 56). Wiadomo też, jakie trudności w nauczaniu Kościoła rodzi jego podejście oparte na tzw. perfekcjoryzmie etycznym. Trzeba jednak pamiętać, że jest to jedna ze starych zasad katolicyzmu, różniąca go od innych Kościołów i wspólnot. Obowiązuje tak laikat, jak kler. Już dyskutując - podczas tzw. soboru trullańskiego - życie duchownych mówiono, że Rzym poszedł za „regułą doskonałości”, Konstantynopol zaś idzie „drogą dobroci i rozwagi”. Jest to zatem pewien stały element duchowości katolickiej. Papież chce dziś zrewidować ową „drogę doskonałości” i pokierować Kościół na „drogę dobroci”. Wątpliwość dotyczy przede wszystkim natury tej rewizji - z pewnością bowiem nie jest to zmiana fragmentu, ale reorientacja całości, o czym mówi się nie dość. Odejście od perfekcjoryzmu moralnego byłoby zmianą jednej z fundamentalnych zasad w katolickiej kulturze nie tylko pastoralnej, i nie tylko doktrynalnej, ale właściwie zmieniałoby duchowość katolicką. Podstawowe dziś pytanie brzmi zatem: „czy jeszcze chcemy próbować być doskonali dla Boga?”

Zagadnienia wyłożone w Veritatis splendor powracają jako nierozstrzygnięte w kontekście adhortacji Amoris laetitia, która niejawnie reformuje - jak poniekąd przewidywał Tazbir - kwestię związków osób rozwiedzionych żyjących w powtórnych związkach. Wydaje się, że Tazbir trafnie uchwycił punkt zapalny w historii XXI-wiecznego Kościoła i powrót koncepcji etycznych wiążących się z proporcjonalizmem. Jednocześnie może najbardziej w narracji Tazbira winien nas zastanawiać właśnie ów wymiar chaosu, arbitralności podejmowanych kwestii i zapadających rozstrzygnięć. Niewykluczone, że nie tyle aspekt treściowy, doktrynalny ale właśnie owa postmodernistyczna dowolność podejmowania i porzucania kolejnych kwestii wytypowanych na podstawie niejasnych kryteriów, oceniania ich jako wartych bądź niewartych uwagi, a ostatecznie uznanie za zbędną poważnej, rozstrzygającej debaty teologicznej (Tazbir pisze, że Jan Paweł III podejmował decyzje wspierany osądem grupy wpływowych teologów) jest trafnie przez autora odczytanym znakiem czasów.

Celibat i zakaz kapłaństwa kobiet pozostają w mocy, wzmocnione autorytetem Benedykta XVI. W kulturze świeckiej powraca zaś kwestia usankcjonowania prawnego związków homoseksualnych, Kościół raczej się „uwrażliwia” na te kwestie w swej praktyce duszpasterskiej, niż proponuje przebudowę nauczania. Jednocześnie organizacje działające na rzecz emancypacji gejów penetrują i rujnują instytucje katolickie (choćby casus zakazu odmowy adopcji dzieci przez pary homoseksualne nakładany na katolickie ośrodki adopcyjne w Wielkiej Brytanii).  

Nadzieja Tazbira na odrodzenie neowiktoriańskie przychodzące spoza Kościoła jest zdumiewająco naiwna i niewykluczone, że ilustruje jego własną ocenę pilności zagadnienia i jego, by tak rzec, wytrzymałość na kształt współczesnej kultury seksualnej. W istocie trudno wyobrazić sobie konserwatywny przewrót w dziedzinie obyczajów nie tylko bez udziału i wpływu, ale wręcz impulsu, wykładni i wkładu struktur Kościoła.

Następca Jana Pawła II, zgodnie z przewidywaniami Tazbira, ustąpił ze swej funkcji, zaś drugi w kolejności papież wywodzi się z Ameryki Południowej. Wszystko to uczy, że procesy, z którymi dziś się Kościół mierzy i boryka oraz kierunki jego zmian są jednak zakorzenione w pewnych przesileniach wcześniej już obserwowanych.

W mocy pozostaje wciąż specyficznie pozytywne podejście do reformacji jako jakiejś młodszej siostry Kościoła.

Papież Franciszek mówiąc o Bogu podkreśla atrybut miłosierdzia Bożego w oderwaniu od atrybutu sprawiedliwości. Nie sądzę jednak, wbrew przewidywaniom Tazbira, by ostatecznie zwolniono wiernych z obowiązku wiary w piekło. Co prawda ogłoszenie go pustym i zbędnym reliktem minionych wieków teologii byłoby za czas jakimś również działaniem sankcjonującym stan rzeczywisty. Ogłoszenie takie faktycznie jednak nie nastąpi. Można jedynie sądzić, że wiara w piekło (ujmowane pod groźbą anatemy jako konieczny element wiary chrześcijańskiej w każdym chyba wyznaniu wiary Kościoła epoki apostolskiej i Ojców Kościoła) schodzić będzie dalej w domenę zabobonów, o których po prostu nie trzeba wspominać traktując je jako niebyłe.

Wbrew przewidywaniom Tazbira Kościół w Polsce nie jawi się jako zżerany wewnętrzną schizmą. Nadal oczywiście utrzymuje się podział na Kościół otwarty i narodowy, choć nie wyczerpuje on całej dynamiki tutejszej, żywej kultury religijnej. Antagonizmy między tymi ośrodkami są jednak najsilniejsze. Przy tym „otwartość” śmiało eksploruje i rewiduje obszary stałego nauczania Kościoła, frakcja „narodowa” zaś ma wielkie zasługi na polu upowszechniania tegoż nauczania, ale zwykle bez wysiłków analizy krytycznej. Pewne projekty „otwarte” wyraźnie przy tym odchodzą od nauczania Kościoła, ku czemu z pewnością mają prawo. Czynią to jednak przy zachowaniu określenia „katolicki”. Tym samym pojęcie to zaczyna oznaczać nie pewną podlegającą weryfikacji, miarodajną zgodność między danym projektem a Kościołem, ale raczej wprowadza pewną autonomizację, autodeklaratywność i „introwertyzację”  w rozumieniu katolickości. Ważne pojęcia, jeśli w ten sposób rozszerzają i kurczą swe znaczenie sprawiają, że dialog międzyśrodowiskowy jest utrudniony. I być może ta sekcyjność, przez którą rozumiem tu ukierunkowanie do wewnątrz grupy własnej bez jednoczesnego odważnego rzucania teologicznej rękawicy oponentom, unikanie silnych zwarć tak międzyśrodowiskowych, jak i wewnątrzśrodowiskowych zwłaszcza w tym, co dotyczy silnie polaryzujących opinie kwestii teologicznych jest ważną cechą środowisk katolickich w Polsce. Ocena ta siłą rzeczy traci przynajmniej część celności za sprawą swej ogólności.

Piusowcy, określani przez Tazbira popularnym a niesłusznym mianem „lefebrystów” mają się dość dobrze, ich celebracje liturgiczne zbierają duże grona wiernych. Powolnemu unormowaniu ulega też ich sytuacja kanoniczna. Nie są jednak z pewnością głównym rozgrywającym Kościół w Polsce, ani też ich pismo nie dominuje na polskim rynku prasy katolickiej.

Fundamentalizm muzułmański jest w pełnym rozkwicie. Jego ostrze nie kieruje się jednak ku papieżowi, wbrew przewidywaniom Tazbira, ale ku szeregowym chrześcijanom na terenach objętych jarzmem islamu, przeciw ludności cywilnej Europy i przeciw kapłanom Kościoła. Na tym tle papież jawi się jako dość bezpieczny, choć oczywiście chaotyczne ataki terrorystyczne nikogo - taka właśnie ich logika - nie czynią bezpiecznym. W innej jednak wydaje się dziś być sytuacji pasterz, niż jego trzoda. Nie jest to zarzutem przeciw niemu póty, póki zabiega on o bezpieczeństwo tejże. Liberalizm papieża Franciszka, jego swoista niedialektyczność (widzi jedną tylko stronę monety), jego antyrygoryzm, rozumienie miłosierdzia oraz antropologia ignorująca kwestie osobistych wyborów i bezwzględnej odpowiedzialności za nie, każe papieżowi jednak bezustannie zachęcać do właściwie bezwarunkowego przyjmowania muzułmanów do Europy. Przy tym do Europy poddanej stałej, regularnej i zorganizowanej dekatolicyzacji, której Franciszek nie umie zapobiegać.

Instytucje Unii Europejskiej działają dziś poza traktatami wyznaczającymi granice jej kompetencji, kolejne kraje członkowskie wprowadzają prawną kontrolę wypowiedzi znosząc wolność słowa. Tu zatem diagnozy Tazbira zawiodły zupełnie. Na tle Europy Polska jawi się bowiem jako obrończyni wolności słowa, co wciąż ma związek z siłą Kościoła i tutejszej kultury katolickiej. Dotyczy to zwłaszcza szczególnie trudnej kwestii migracyjnej. W samym Kościele zauważa się tu przy tym ciekawy rozłam między Kościołem otwartym bez zastrzeżeń domagającym się przyjmowania muzułmańskich imigrantów, a Kościołem narodowym dopuszczającym przyjęcie warunkowe z uznaniem znaczenia nieprzekraczalnych różnic kulturowych. W katolickich środowiskach liberalnych widać tu zatem prymat kategorii jedności (rodzaju ludzkiego, a nawet jednego Boga, którego ostatecznie wyznawać mają tak katolicy, jak muzułmanie) i otwartości, a w narodowych - konserwatywnego prymatu konkretu i hierarchii zobowiązań.

Świeccy nie wygłaszają homilii, co jednak nie oznacza, że te zawsze są zgodne z nauczaniem Kościoła. W duszpasterzowaniu coraz bowiem bardziej widoczny jest czynnik osobistych preferencji i gustów kleru co do zakresu stosowalności doktryny i dyscypliny Kościoła. Może to mieć związek z takim postawieniem celebransa w centrum czynności kultycznych, które sprawia, że jego słowa, poglądy i wrażliwość decydują i o kształcie celebracji, i o miarodajności homilii. Ma to nadzwyczaj intrygujące skutki. Jeden z nich to ten, że wierny właściwie traci możliwość sprzeciwienia się nauczaniu Kościoła, gdyż zawsze może się ono z nim zestroić. To oczywiście w innej perspektywie stawia zagadnienie grzechu, ale też osobistej sprawczości i odpowiedzialności, na które Kościół w swej antropologii zawsze kładł silny nacisk.

Wydaje się, że Tazbir słusznie przewidział przede wszystkim, że Kościół czeka pewna zawierucha. Czas intensywnych przemian - mimo do pewnego momentu „wyciszającego” tryb i zakres zmian pontyfikatu Benedykta XVI - nie tylko nie ustał, ale wręcz ulega wzmożeniu. Wielu zjawiska te cieszą. Pytanie brzmi, czy poza radosną afirmacją wierni mają jeszcze głębokie rozumienie kształtu i powagi tradycyjnych rozstrzygnięć, a zwłaszcza rozumienie ich uzasadnień. Innych zjawiska te martwią. Wiadomo, że wielu wiernych dziś jest zmęczonych, zdezorientowanych i - by tak rzec - zmachanych pod Franciszkowym berłem. Operacje na żywym organizmie Chrystusowym przejmują ich piekącym bólem. Spojrzenie Tazbira, uwzględniające szeroką perspektywę historyczną od XV wieku,  przynosi  jednak pewne ukojenie obu tym grupom. Otóż katolik żywo zaangażowany w kwestie wiary w wyrażeniu „historia Kościoła” wychwytuje przede wszystkim człon drugi, wszystko niejako sprowadza się do Kościoła i jego spraw, Kościół jest mu najdroższy. Jednak nie ma w eklezjologii żadnych przeciwwskazań, by strudzony brzemieniem i tempem swych czasów, pijąc poranną herbatę, ów katolik odetchnął głęboko mówiąc sobie: „spokojnie, to tylko historia...”

 

Justyna Melonowska

 

 

 

 

 

 

 

 


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij