Komentarze
2017.02.25 23:39

Gdy gitarzysta porzuca gitarę

W Ewangelii jest scena, gdy Zbawiciel wyrzuca diabły z Gerazeńczyka – a one pragną przenieść się w stado świń, i wyrzucone w nie kierują je natychmiast w przepaść, do wody, na śmierć. Przejmujący obraz tego jak zło pragnie znaleźć sobie miejsce w materialnym stworzeniu; i jak natychmiast prowadzi je do zguby.

Bywa jednak i inaczej: że ludzie wypędzają jakąś godność z jednego dobra – i natychmiast ta wypędzona godność musi zostać przypisana innemu dobru; gdy zaś zostanie mu chaotycznie przypisana, doprowadza wyznawców tego nowego bóstwa do samobójstwa – przynajmniej umysłowego. Nic dziwnego: jeśli zdejmie się koronę z głowy, umieszczenie jej na kolanie nie uczyni go „koronowaną głową” – zaś ci, którzy usiłują koronować kolano, co najmniej tracą bardzo dużo z powagi, i chyba już raczej muszą stanąć na głowie niż upaść na kolana.

Dzieje się to nieustannie. Szacunek dla dobra bardziej podstawowego jest niejako zastępowany entuzjazmem dla dobra równie prawdziwego, lecz pośledniejszego i względnego. Na przykład ci sami, którzy odmawiają uznania nienaruszalności życia najmniejszych ludzi, bywają zwolennikami nienaruszalności puszcz i gryzoni – tak jakby podwórkowa masakra własnych drzew piłą mechaniczną była czymś porównywalnym czy gorszym od aborcyjnej rzezi niewiniątek. Z reguły ci, którzy tak ostrzegają przed „fundamentalizmem” obrońców prawa do życia, są w rzeczywistości nieustępliwymi fundamentalistami wybranych przez siebie „wartości”, których nie zamierzają negocjować.

W każdym wypadku proceder ten nie tylko szkodzi dobru pominiętemu, ale i szkodzi prawdziwemu znaczeniu dobra nadmiernie gloryfikowanego. Ale najbardziej szkodzi tym, którzy ten proceder przeprowadzają i usilnie uzasadniają.

Tak samo jest z autorytetami. Spod ruin obalonych świętości musi zawsze wyłonić się jak święta krowa ten, komu uwierzono, że autorytety należy obalić: najwyższy autorytet walki z zaufaniem do autorytetów, Jego Wysokość Banalność. Czasami jest to ktoś tak paradoksalny jak jego publiczność – wie, że cały jego czar jest jak łamanie gitary przez gitarzystę w trakcie koncertu: oto wyrzeka się właśnie tego, co wywyższało go nad publiczność. Już nie wywyższa, nie oddziela, i najwyżej koncertu już nie będzie. Tylko nieogarniona, powiedzmy, euforia, chwila gdy niszczyciel jest bohaterem.

Myślałem o tym w tegoroczne święto Katedry świętego Piotra – gdy przeczytałem, że z okazji wydania książki o papiestwie kardynał Gerhard Müller mówił, iż zauważalna dziś – choć nie od dziś – „gloryfikacja papieża” źle służy jego misji, źle służy papiestwu wykonywanemu przez każdorazowego następcę Piotra. No cóż, mówimy o tym na naszych łamach także nie od dziś, co najmniej odkąd przed laty publikowany był w Christianitas przekład eseju Gustave’a Thibona o „personalizmie”. Thibon ostrzegał w latach 40. ubiegłego wieku przed infantylnym ubóstwianiem indywidualności konkretnych papieży, z przesunięciem na plan daleki „ram”, które stworzyły ich papieżami. Od tamtego czasu stało się wiele: ten „infantylny kult” już nie polega na lekceważeniu „ram”, lecz domaga się ich destrukcji przez indywidualność, kościelne i po kościelnemu grzeczne wcielenie nastroszonego fuck the norm. Domaga się rozbijania gitary przez gitarzystę – by był „jak my”. Jest to być może jedyny dziś sposób, by publiczność tej destrukcji poczuła się bosko. Może nawet „jak bogowie”.

 

Paweł Milcarek


Paweł Milcarek

(1966), założyciel i redaktor naczelny "Christianitas", filozof, historyk, publicysta, freelancer. Mieszka w Brwinowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij