Duchowość
2018.08.24 09:36

Czy łaska może być trudna?

Uczestnictwo we Mszy świętej nie wzbudza zazwyczaj gwałtownych emocji. Aby wejść w spokój, nieśpieszność i powtarzalność nabożeństwa, potrzeba pewnego wyciszenia serca. Problem jednak w tym, że ogołocenie pozostaje zupełnie obce duchowi współczesności, która chce nieustannie nabywać, zamiast tracić aby otrzymać. Człowiek doznaje dziś wielu okazji do rozproszenia, rozedrgania, niepokoju z powodu przeciwnych, nie dających się zaspokoić dążeń umysłu i serca. Milczenie staje się trudne, a posłuszeństwo – nie do zniesienia. Tymczasem tradycyjne katolickie nabożeństwa nie licują z potrzebą żywiołowych odczuć, proponując coś innego i na pierwszy rzut oka mało interesującego. Mowa o zatrzymaniu się, uszczupleniu samego siebie, uproszczeniu swojego bycia do aktu poddania się Bogu, ofiarowaniu swojej woli Jego woli, aby tym sposobem stworzyć dla Niego wolną przestrzeń do działania. Dać się prowadzić i formować, cierpliwie uczyć się skupienia, powściągnąć ciągłe pragnienie spontaniczności, zamienić je raczej na ogołocenie i ubóstwo w duchu (Mt 5, 3) – oto droga, którą proponują tradycyjne nabożeństwa kościelne. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał (J 3, 30).

Wędrówka ludu wybranego przez pustynię jeszcze nie dobiegła końca. Tamto konkretne wyjście z ziemi egipskiej, to, o którym opowiada Księga Wyjścia, jest już oczywiście zamierzchłą przeszłością, ale podróż w kierunku wieczności trwa nadal. Wobec tego obecny świat, choć nieraz piękny, zawsze będzie obczyzną. To prawda, że przybliżyło się królestwo Boże (Mk 1, 15), ale wciąż przecież jesteśmy pielgrzymami, z daleka od Pana (2 Kor 5, 6). Chrystus już jest w nas, ale my jeszcze nie znaleźliśmy się całkowicie u Chrystusa. Dlatego poza opisem wydarzeń historycznych warto dostrzec w Pięcioksięgu Mojżeszowym wytyczne dotyczące życia duchowego. Kiedyś Bóg posyłał wędrującym przez pustynię Izraelitom mannę z nieba. Dzięki niej Lud Wybrany nie umarł z głodu, życie wielu zostało ocalone. Ale z czasem Izraelici zaczęli narzekać: nie smakowała im manna, woleli raczej wrócić do niewoli egipskiej, byle tylko znowu móc jeść pieczone mięso. Uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny (Lb 21, 5) – mówili Izraelici po kilkudziesięciu latach spożywania wciąż tego samego chleba od Boga. Wokół rozciągały się piaski pustyni. Wędrówka po nieprzyjaznej ziemi przedłużała się w nieskończoność. Przy tej okazji często zwraca się uwagę na małoduszność sług Bożych, którzy zapomnieli o cudach, jakie dotąd czynił dla nich Pan, a w sytuacji przedłużających się trudności zapragnęli powrócić do domu niewoli. Zapomina się jednak, że w Kościele te same postawy są równie częste. W pewnym sensie nie należy się dziwić Izraelitom: trudno zbierać przez lata ten sam pokarm, odmawiać te same modlitwy, chodzić na tę samą Mszę świętą, walczyć z tymi samymi wadami, kochać i żyć wciąż z tymi samymi osobami (łatwiej obdarzać miłością cały świat, „innych”, niby to lepszych, zamiast konkretnych ludzi, znanych nam od dobrej i złej strony)…

Dla większości katolickich mistyków manna była obrazem tak łaski, jak i woli Bożej, zgodnie z tym, co mówił Pan Jezus: Moim pokarmem jest pełnić wolę Ojca (J 4, 34). A więc łaska Boża niekoniecznie musi być dla człowieka „smaczna”, ani wygodna. Wprawdzie utrzymuje człowieka przy życiu, ale nie zawsze porusza emocje, często nie dostarcza nawet zadowolenia i nie zgadza się z ludzkimi wyobrażeniami. Wręcz przeciwnie: łaska może okazać się bez smaku, oschła i wymagająca do tego stopnia, że rodzi w człowieku pragnienie powrotu do niewoli, aby raz jeszcze skosztować smak mięsa. Nie zawsze droga jest mozolna – to prawda. Czasem wiatr Ducha Świętego przyniesie ochłodę i pocieszenie, innym razem wydarzy się cud (w sensie dosłownym, albo innym, bardziej „zwyczajnym” albo „codziennym”). Prawdą jest jednak, że Bóg niejednokrotnie wyprowadza człowieka na suchą ziemię, aby dać okazję do dojrzewania. W Ewangelii Mateusza można przeczytać zaskakujące zdanie: Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła (Mt 4, 1). Warto nadmienić, że wydarzyło się to zaraz po przyjęciu przez Pana Jezusa chrztu[1]. Zdarzają się bowiem przekonania, które utożsamiają działanie Ducha Świętego wyłącznie z silnymi uczuciami, emocjami, ekscytacją. Bywa tymczasem, że ten sam Pocieszyciel prowadzi w zupełnie innym kierunku, na pustynię, w miejsce oschłości i kuszenia; jest to wówczas większa łaska, aniżeli mnóstwo duchowych pociech. A może w mannie należy się dopiero rozsmakować, trwając wcześniej w ogołoceniu dotychczasowych „smakowych preferencji”? Napisane jest przecież: Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan (Ps 34, 9). Podobnie z tradycyjnymi formami nabożeństwa katolickiego: szczęśliwy, kto odkrył ożywcze źródła w ich powtarzalności, spokoju i pozornej „nienadzwyczajności”. One zawsze niejako przewyższają nastroje człowieka, nie ulegają chwilowym zachciankom, ale formują wiernych do trwałego pokoju. Stawiają wymagania. Proponują łaskę, która bywa trudna, ale zawsze przynosi owoce.

Nie jest prawdą, że tradycyjne, zdrowe nabożeństwo Kościoła pomija wartość uczuć. Ono wzywa raczej do dojrzałego przeżywania wiary i miłości, które nie opiera się na emocjach, ze swej natury nietrwałych jak jednodniowe kwiaty[2]. Dobrze jest doświadczać miłych przeżyć na modlitwie, ale nie one powinny być najistotniejsze. Najważniejsza i jedynie konieczna jest miłość, która nie szuka swego (1 Kor 13, 5); nie pożąda wielkich cudów i znaków, a szuka okazji do pełnienia woli Bożej, także w trudnościach i znużeniu. Właśnie w imię dojrzałej miłości tradycyjne katolickie nabożeństwa powściągają niepohamowaną ludzką wolę, jakby przycinały gałązki, które rosną w niewłaściwym kierunku. Nawet mistycy znani z daru uzdrawiania oraz nadzwyczajnych ekstaz przestrzegali przed nadmierną chęcią doświadczania niezwykłych stanów. Jak łatwo stąd do pychy. Lepiej pozostać wiernym w tym, co jest na pozór zwykłe, całą resztę pozostawiając inicjatywie Boga. A wtedy ten, kto tak uniża swoje wyobrażenia i oczekiwania, zostaje nagrodzony czymś lepszym. Napisane przecież zostało: Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was (Jk 4, 10).

Izraelitom łatwo było ufać, kiedy patrzyli na cuda. Trudniej, kiedy Bóg – chcąc zbudować w nich dojrzałą wiarę – zsyłał im przez lata ten sam pokarm mizerny. Wiele osób chodziło za Panem Jezusem, kiedy Ten uzdrawiał i wskrzeszał, a tak niewielu z nich było obecnych w chwili, gdy sam umierał na krzyżu. A jednak ofiarowanie się Chrystusa było największym gestem miłości, czymś doskonalszym od chodzenia po wodzie czy rozmnożenia chleba[3].

 

Michał Gołębiowski 

 

[1] Św. Hieronim ze Strydonu tak wyjaśnia słowa zawarte w Mt 4, 1: „Wówczas został wyprowadzony przez Ducha na pustynię. Niewątpliwie przez Ducha Świętego (…); nie jest wyprowadzony wbrew woli, ani też [podstępnie] ujęty, ale pociągnięty pragnieniem walki” (Hieronim ze Strydonu, Komentarz do Ewangelii według św. Mateusza, tłum. J. Korczak, Kraków 2008, s. 20).

[2] Można o tym przeczytać w mnóstwie dzieł klasycznych dla katolickiej ascetyki oraz szkoły modlitwy, takich jak m.in. Wawrzyniec Scupoli, Walka duchowa, tłum. A. Dudzińska-Facca, Kraków 2002, s. 179-183; Jan od Krzyża, Noc ciemna, tłum. B. Smyrak, Kraków 2013, s. 30-32; Jean-Baptiste de Saint-Jure, Zaufanie Opatrzności Bożej. Źródło pokoju i szczęścia, tłum. L. Danilecka, Warszawa 2014, s. 98-104; L.M. Grignion de Montfort, Przedziwny sekret Różańca świętego. Tajemnica łaski i zbawienia, tłum. A. Kalwas, J. Wróbel, Wrocław 2016, s. 64; Jean-Pierre de Caussade, Powierzenie się Opatrzności Bożej, tłum. A. Woźniak, Płock 2017, s. 115-118; A.M. de Liguori, Droga do świętości. Ścieżka cnót i rad ewangelicznych, Kraków 2017, s. 284-286; por. A. Tanquerey, Zarys teologii ascetycznej i mistycznej, t. II, Warszawa 2003, s. 215.

[3] Pięknie pisał o tym św. Jan Chryzostom: „Wiem, że będziecie zdumieni i zaskoczeni, gdy wam powiem, iż jest większy dar, niźli wskrzeszanie zmarłych, przywracanie wzroku ślepym i dokonywanie cudów, jakie dane były apostołom. Bodaj że nie zechcecie temu uwierzyć. Jakiż to dar i przywilej? Chrześcijańska miłość bliźniego” (tegoż, Na List do Hebrajczyków [cyt. za:] Myśli św. Jana Chryzostoma, oprac. J. Birkenmajer, Poznań 1996, s. 90); por. Tomasz à Kempis, O naśladowaniu Chrystusa II, 11, 1-5, tłum. A. Kamieńska, Warszawa 1980, s. 84-86.


Michał Gołębiowski

(1989), filolog, historyk idei oraz literatury dawnej, doktorant UJ. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Do tej pory wydał „Małżeństwo Józefa i Maryi w literaturze i piśmiennictwie staropolskim doby potrydenckiej” (Kraków, 2015) oraz „Niewiastę z perłą. Szkice o Maryi Pannie w świetle duchowości katolickiej” (Kraków, 2018). Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij